Gruzja cz. 1 – Kutaisi i Upliscyche

0

Przylot do Kutaisi

Lot z Katowic do Kutaisi przebiegł bez zakłóceń. Jedyna niedogodność to „bydlęca” wersja samolotu podstawiona przez WizzAir – pod koniec lotu moje kolana dawały o sobie znać. Na miejscu zastaliśmy prawdziwie gruziński stan rzeczy. Hala lotniska niby dokończona ale nie całkiem, wjechać na dowód niby się da ale wyjechać na paszport już nie bardzo, terminal do płacenia kartami działał jak chciał… No ale Gruzja jest trochę jak Rosja – Gruzja to nie kraj, to stan umysłu.

Pozytywnie zaskoczył mnie poziom obsługi Georgian Bus. Agent mówił bardzo dobrze po angielsku, bus był nowy, dobrze wyposażony i zadbany. Nawalał terminal ale to już nie jest ich wina. Sama podroż to wesołe przeżycie. Wojskowe rakiety w ogródkach (z silnikami – sic!), samochody bez pasa przedniego, Wołgi, Samary itp. Najgorszy był jednak czas podroży – 5 godzin do Tbilisi i 3 godziny w stronę przeciwną. Skąd wynikała różnica w czasie przejazdu na tej samej trasie? Do dziś nie wiem.

Upliscyche (Uplisciche)

Po drodze zaliczyliśmy miasto wykute w skałach – Upliscyche (Uplisciche). Upliscyche w czasach swojej świetności było główną osadą a następnie fortecą w Gruzji. W skrócie – Kto chciał mieć Gruzję we władaniu, musiał zdobyć Upliscyche. Przewodniki rozpisują się o wspaniałości tego miejsca, porównują go do Petry w Jordanii i cytadeli Erdil w Iraku. BULLSHIT. Duża część ruin miasta została zniszczona w wyniku trzęsienia ziemi na początku XX wieku, a to czego ziemia nie zabrała zostało ohydnie wzmocnione betonem. Ale od początku. Na pierwszy rzut oka obejście wygląda na zadbane. Ładny budynek ze szlabanem – kasa, i już nie taka ładna chatka strażnika(?). Wstęp kosztuje bodaj 3 Lari (bilet normalny), pani w kasie nie bardzo mówi po angielsku ale po rosyjsko-polsku udaje się dogadać. Kupujemy bilety studenckie (1,5 Lari), bo sprzedawczyni i tak nie rozpoznaje co to za karty jej pokazujemy, a poza tym ma wszystko w czterech literach.

Zobacz także:  9 rzeczy, za które pokochałem Japonię

Po przekroczeniu szlabanu dobre wrażenie pryska. Budynek który jak mniemam miał prezentować historię Uplisciche jest zostawiony sam sobie, żadnych informacji czy tabliczek na co patrzymy. Prezentacja wyświetlana przez projektor też niewiele wyjaśniała. Ubikacje są lekko zdewastowane a to, co się popsuło, nie zostało już naprawione – typowe gruzińskie podejście.

Upliscyche (Uplisciche)

Upliscyche (Uplisciche)

Samo miasto znajduje się na wzniesieniu i aby się tam dostać, trzeba pokonać dość sporo platform i wykutych w skale stopni. Krajobraz przypomina pustynie w Hiszpanii, wokół nie ma ludzkich osad, tylko góry i wijąca się w oddali droga którą przyjechaliśmy. To wszystko sprawia, że widok jaki roztacza się z samej góry jest po prostu niesamowity.

Samo Upliscyche szału nie robi ale pisałem o tym nieco wcześniej. Najbardziej brakuje choćby paru tabliczek z krótkim opisem na co patrzymy, która grota pełniła jaką funkcje. No i ten wiatr. Radzę zabrać ze sobą dobrą kurtkę bo na górze wiatr jest porównywalny z tym na Wezuwiuszu.

Po dość krótkim zwiedzaniu ruszyliśmy w końcu do Tbilisi. A tam czekała na nas iście królewska kolacja i noc Sylwestrowa…

P.S. Prawa autorskie do zdjęć w tym wpisie należą do mojej znajomej.

Udostępnij!

O autorze

Nazywam się Kuba i od 2013 roku prowadzę dla Was blog „Kuba w Podróży”. Od czasu mojej pierwszej większej wyprawy minęło sporo czasu, a popularność bloga przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Z zawodu programista, w wolnych chwilach spisuję swoje poradniki, relacje z wypraw i ogólne doświadczenia ze światem. Do zobaczenia na szlaku!

Skomentuj