Tańcząc z wilkami, czyli noc w hoganie u Indian Nawaho

2

Samochód, dużo szczęścia, umiejętność wyznaczania kierunków i kilka banknotów. Tyle wystarczy żeby spędzić noc pośrodku Monument Valley, w prawdziwym hoganie u Indianki z plemienia Nawahów. Bez prądu, bez bieżącej wody, ogrzewania i zasięgu telefonii komórkowej, gdzie głównym źródłem światła jest lampa naftowa i mały piecyk pośrodku hoganu. Moim zdaniem absolutne Must-Do jeśli chodzi o tę część USA.

Na nocleg u Verny trafiłem przez przypadek. Moja trasa była naciągnięta na krótką ziemską dobę do granic możliwości, dlatego niezbędny był mi nocleg w okolicach Monument Valley lub Horseshoe Bend. Obie lokacje w zasadzie nie oferują miejsc do spania, a już na pewno nie komuś, kto szuka go miesiąc, góra dwa przed przyjazdem i nie ma ze sobą worka $. Początkowo plan zakładał pobyt w The View Hotel (z racji braku alternatyw), ale ostatni pokój zniknął z systemu zanim zdążyłem za niego zapłacić.

Jedyną szansą było załapać się na couchsurfing lub airbnb. Niestety obie wyszukiwarki pokazywały 0 wyników w okolicy. Ostatecznie po długich przeczesywaniach Google Maps i internetu udało mi się znaleźć Verenę i przyznam szczerze, że z początku myślałem, że to tylko spam-oferta jakich wiele. Dobre zdjęcia, super miejsce i klimat, niewygórowana cena za cały, wieloosobowy hogan oraz wolne miejsca – to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Wszystkie (dwa) hogany Verny są wybukowane kilka ładnych miesięcy do przodu, jednak jakimś cudem ktoś właśnie zrezygnował z pobytu idealnie w terminie który mnie interesował.

W dniu przyjazdu dostałem od Verny wiadomość z dokładniejszymi instrukcjami dojazdu na miejsce. Wszystko może byłoby łatwiejsze, ale do Utah dotarliśmy grubo po zmroku, a brak zasięgu niemal uniemożliwiał komunikację. Omijając krowę stojącą na środku „drogi” udało mi się znaleźć jedną kreskę zasięgu.

– Słuchaj Kuba, miałam ciężki dzień, spotkajmy się w połowie trasy. Jedź na północ, omiń barykady i potem cały czas przed siebie. Powinniśmy się zaraz spotkać gdzieś po drodze.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Skąd mam wiedzieć gdzie jest północ (teraz już wiem dlaczego amerykańskie samochody mają kompas w lusterku wstecznym) i co to znaczy przed siebie?

Drogę znalazłem, a dzięki pełni księżyca nawet nieźle było widać wszystkie doły i nierówności przez które musiałem przejechać. Verna zapomniała wspomnieć o jednym ważnym szczególe – to „zaraz” oznaczało, o ile dobrze pamiętam, 9 mil przez pustynię w nieśpiesznym tempie. W końcu spotkaliśmy dużą Indiankę w jeszcze większym aucie i dalszą część trasy pokonałem trzymając się tylnych świateł starego pick-upa.

Zobacz także:  Bellagio Las Vegas - recenzja

Po kilkunastu minutach dojechaliśmy na miejsce. Zgasiłem silnik, Verna także. Drzwi od jej pick upa zamknęły się, a absolutną ciszę przerywała jedynie cichutka melodia. Chwilę później przed hoganem zobaczyłem kogoś wzrostu dziecka z latarnią w ręce, cicho wołającego mnie do siebie. Znacie horrory z podobnym schematem? Ja niestety też… Odwróciłem się na pięcie, ale moja towarzyszka zdążyła zabarykadować się w aucie i powiedziała, że za żadne skarby z niego nie wychodzi. Stwierdziłem, że jeśli to coś ma mnie zjeść to lepiej od razu – zamknąłem drzwi od auta i wyszedłem na spotkanie.

Verna, nucąc indiańskie pieśni otworzyła hogan. Był dużo większy niż zakładałem, oraz jeszcze lepszy, oryginalniejszy niż się spodziewałem.

– Dzisiaj bardzo padało. Będzie wam ciężko rozpalić ogień.

Nic nie odpowiadałem, bo w głowie miałem tylko jedną myśl – gdzie podziało się pół gospodarza.

– Na stojaku wiszą koce zrobione przez moją matkę, tutaj macie lampy, a tam naftę. Normalnie – wskazała na mały piecyk pośrodku hoganu – daje on dość ciepła żeby przespać noc. Niestety całe drewno jakie wam przygotowałam zmokło podczas deszczu.

W tym momencie zrozumiałem, że wzrostu dodawał Vernie jej wielki pick-up. Byłem już cholernie zmęczony i jedyne o czym myślałem to ciepłe łóżko.

– Dziękuję, poradzimy sobie.
– Dlaczego twoja dziewczyna nie wychodzi z auta?

W sumie Verna miała rację – zagrożenie już minęło, pora rozgościć się w hoganie. Rzuciłem jakąś wymówkę na szybko i poszedłem po bagaże. Wróciliśmy do środka oboje, w tym czasie nasza gospodyni uprzątnęła bałagan jakiego narobił deszcz. Hogan ma bowiem dość dużych rozmiarów dziurę w dachu i podczas zacinającego deszczu wszystko w środku pływa.

Verna opowiedziała nam nieco o historii jej rodziny, genezie hoganów (mój hogan był hoganem żeńskim – tylko dla kobiet), które oficjalnie należą do jej matki, oryginalnego wyposażenia chatki itp. Rozmowa przerodziła się w ponad godzinną dyskusję przy lampie naftowej i wszyscy żałowaliśmy, że było już tak późno. Pożegnałem się z Verną i postanowiłem przynieść nieco drewna, aby mimo wszystko spróbować rozpalić w piecyku.

– Kojotów nie musisz się obawiać, one boją się ludzi. Ale zamknij drzwi, bo mniejsze zwierzęta (grzechotniki) mogą wejść. Miłej nocy.

Pełnia księżyca wspaniale oświetlała skalne ostańce (ilość światła wystarczała do rozróżniania kolorów!), a absolutna cisza tylko podkreślała niesamowity klimat tego miejsca. Niebo nie było skażone łuną żadnego miasta, a z racji niedawnej burzy powietrze było przyjemnie lekkie. Widok z tego miejsca na wszystkie strony świata jest po prostu niesamowity i żadne słowa ani zdjęcie tego nie oddadzą.

Zobacz także:  Nie daj się oskubać! Poradnik. Scam w Azji Południowo-Wschodniej.

Ponapawałem się jeszcze trochę ciszą i widokami i zabrałem nieco drewna do środka. Rozpalenie w piecyku nie było proste, bo drewno dosłownie ociekało wodą. Szklanka nafty i duża dawka cierpliwości załatwiły sprawę – od małego, blaszanego pudełka zaczęło rozchodzić się ciepło. Porównując kubaturę hoganu (i wielkość dziury w dachu) do wielkości piecyka, zacząłem się zastanawiać czy to aby na pewno nie dekoracja… Jednak już po około godzinie w środku było przyjemnie ciepło, a w nocy wręcz gorąco. Na piecu postawiłem wiadro z wodą, aby rano mieć ciepłą wodę do umycia się. Kocami podzieliśmy się po równo – ja jeden, moja towarzyszka 7… Ja się wyspałem, ona zmarzła.

Poranek przywitał mnie ponownie totalnie ciszą. W piecyku pozostał tylko popiół, a woda w wiadrze miała temperaturę górskiego strumienia wiosną. Otworzyłem drzwi i moim oczom ukazał się widok znany mi wcześniej ze zdjęć Verny. Teraz wszystko zrozumiałem – to miejsce po prostu nie wymaga Photoshopa. Wyszedłem na zewnątrz; rosa dopiero wstawała z ziemi i z każdą minutą odsłaniała coraz więcej monumentów. Stałem tak dobre pół godziny patrząc na wielkie ostańce dookoła mnie i znikające od gorąca resztki chmur z wczorajszego deszczu. Kolejny raz ciężko mi opisać widok jaki miałem dookoła siebie.

Zrobiłem kilka zdjęć i wróciłem do środka. Szczoteczka uderzyła moje zęby mocniej niż bójka w barze, a po obmyciu twarzy byłem już całkiem rozbudzony – woda była przeraźliwie zimna. Niestety klimat pustynny ma to do siebie, że w dzień umieramy z gorąca a w nocy możemy nieźle zmarznąć. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę przed hoganem grzejąc się w słońcu, w oddali zaczęły pojawiać się pierwsze pick-upy z turystami i konie. Oznaczało to, że nasz pobyt w tym wyjątkowym miejscu nieuchronnie miał się ku końcowi. Spakowałem rzeczy do samochodu, ostatni raz rozejrzałem się dookoła i przekręciłem kluczyk. Niestety – na komputrze pojawił się komunikat informujący o przebitej oponie. Oznaczało to mniej więcej dodatkowe 12 godzin czekania na pomoc, ale to już inna historia…

Udostępnij!

O autorze

Nazywam się Kuba i od 2013 roku prowadzę dla Was blog "Kuba w Podróży". Od czasu mojej pierwszej większej wyprawy minęło sporo czasu, a popularność bloga przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Z zawodu programista, w wolnych chwilach spisuję swoje poradniki, relacje z wypraw i ogólne doświadczenia ze światem. Do zobaczenia na szlaku!

2 komentarze